Leczy nas Goździkowa

Zjadamy dziś prawdopodobnie najwięcej leków w Europie, tymczasem nawet w przypadku popularnego, dostępnego wszędzie i to pod rozmaitymi nazwami handlowymi paracetamolu, między dawką terapeutyczną a toksyczną jest niewielka różnica
Zjadamy dziś prawdopodobnie najwięcej leków w Europie, tymczasem nawet w przypadku popularnego, dostępnego wszędzie i to pod rozmaitymi nazwami handlowymi paracetamolu, między dawką terapeutyczną a toksyczną jest niewielka różnica thinkstockphotos.com
Rozmowa z Andrzejem Prygielem, prezesem Opolskiej Okręgowej Izby Aptekarskiej.

W jednej z rozmów dotyczącej dostępności leków poza aptekami powiedział Pan, że pracownicy sklepów, które sprzedają leki powinni udzielać kupującym informacji na ich temat. Nie robią tego, bo nie mają wiedzy o lekach...


I to dowodzi, że miejsce leków jest w aptekach, gdzie jest personel przygotowany do wydawania leków. A są nimi między innymi tabletki przeciwbólowe, których tak wiele jest teraz dostępnych poza aptekami. Może to dalekie porównanie, ale nikt nie kwestionuje, że paliwo należy kupować wyłącznie na stacjach benzynowych, dlaczego więc leki mają być dostępne poza aptekami? W miejscach, które nie gwarantują ani właściwych warunków przechowywania, ani należytej obsługi. Czy na stacji benzynowej lub w sklepie ktoś zapyta kupującego, dlaczego potrzebuje leku przeciwbólowego? W związku z jakim problemem zamierza go nabyć? Chce to bierze, płaci i wychodzi. A banalny z pozoru ból głowy może być symptomem nadciśnienia lub guza mózgu, więc należałoby zwrócić takiej osobie uwagę, że oprócz doraźnego rozwiązania, jakim jest zażycie tabletki przeciwbólowej, potrzebna jest też wizyta u lekarza. Jeden z moich znajomych słyszał w sklepie, jak pewna pani prosiła sprzedawczynię o coś na ból ucha, a przecież ucho nigdy nie boli ot tak sobie. Doszliśmy więc do sytuacji, w której leczy nas nie lekarz, a Goździkowa.

Koncentruje się Pan na lekach przeciwbólowych, bo to z nimi jest największy problem?

Rzeczywiście z nimi jest szczególny problem, bo zawierają substancje czynne, których niekontrolowane zażywanie może mieć bardzo negatywne konsekwencje. Mogą one pogłębiać przebieg choroby wrzodowej, zaburzać proces krzepliwości krwi w takim stopniu, że mogą zniweczyć całą pracę kardiochirurga u osób, które przeszły zabieg kardiologiczny. U takich osób poziom krzepliwości krwi powinien być monitorowany, tak bardzo jest to ważne, tymczasem zwykła tabletka wydawana bez recepty może spowodować ogromne problemy. Personel sklepowy nie jest przygotowany, by rozmawiać o tym z pacjentem, służyć mu radą, odradzać zażywanie leków w związku z ich schorzeniami. Nic nie wie także o reakcjach alergicznych, które mogą być skutkiem zażycia leków.

Poza aptekami nie powinno być żadnych leków?

Wiele lat temu poza aptekami były plastry i tym podobne produkty oraz tabletki w specjalnych, niewielkich opakowaniach. Na przykład po dwie sztuki, bo chodziło o to, by pomóc cierpiącemu, który jednak po uśmierzeniu bólu miał szukać pomocy u fachowców. Kiedy przed kilkoma laty, zanim zmieniły się przepisy i leki stały się dostępne dosłownie wszędzie, rozmawiałem z przedstawicielami firm farmaceutycznych. Nawet oni nie przypuszczali, do czego dojdziemy. Zapewniali, że chcą sprzedawać do sklepów tylko niewielkie opakowania leków i to w cenach zaporowych, tak, by zachęcać pacjentów do szukania fachowej pomocy, do odwiedzenia lekarza, a potem apteki. Dziś wiemy, że ich polityka sprzedażowa i cenowa w praktyce jest zupełnie inna. Liczy się tylko ilość sprzedanych opakowań, zysk, a nie bezpieczeństwo pacjenta. Nie bez winy są też właściciele placówek handlowych, którzy tak eksponują leki, by były jak najłatwiej dostępne. Pamięta Pani tę aferę sprzed trzech czy czterech lat, gdy dziecko najadło się „Kreta”, bo stał tuż przy podłodze, a butelka łatwo się otwierała? Dziś „Kret” jest w sklepach lepiej zabezpieczony niż leki.

Czekamy na nieszczęście? Na jakieś dramatyczne wydarzenie, bo wtedy można zrobić wielki szum, pokazać, jak bardzo dba się o pacjentów?

Na to wygląda, że czekamy na tragedię. Że wystawia się zdrowie i życie ludzi na szwank. Zjadamy dziś prawdopodobnie najwięcej leków w Europie, tymczasem nawet w przypadku popularnego, dostępnego wszędzie i to pod rozmaitymi nazwami handlowymi paracetamolu, między dawką terapeutyczną a toksyczną jest niewielka różnica. Paracetamol jest przy tym cichym zabójcą wątroby, jego nadużywanie przez kilka dni może już bardzo silnie odbić się na jej stanie. Tymczasem nikt nie pilnuje, ile paracetamolu się w Polsce sprzedaje, nie ma polityki lekowej. Nie egzekwuje się prawa, bo pozaapteczna sprzedaż leków to niczyja działka. Jeśli pod opieką czterech-pięciu pracowników merytorycznych nadzoru farmaceutycznego jest czterysta czy pięćset aptek i punktów aptecznych nie ma szansy, by mogli oni kontrolować jeszcze jakieś inne kanały sprzedaży leków. Do zwykłych sklepów zdaje się i tak zresztą nie mogliby wejść z kontrolą, musiałby im towarzyszyć pracownik inspekcji handlowej.

Odnoszę wrażenie, że nikt nie wie, co mówią na ten temat przepisy, czy w ogóle coś mówią. Wygląda na to, że jest tu luka prawna, wskutek czego w praktyce nikt nie kontroluje pozaaptecznej sprzedaży leków. Trudno dziś sobie wyobrazić zresztą taką kontrolę, bo przecież leki mogą być dosłownie w każdym sklepie, na przykład tym, który oferuje wszystkie towary po trzy złote.

Tabletki przeciwbólowe mogą rzeczywiście spełniać to kryterium cenowe... Dlatego tak ważny jest powrót leków do aptek, bo sytuacja wymknęła się jakiejkolwiek kontroli.
Trwa ładowanie komentarzy...